Maty za wąskie, trawa za wysoka. Jak PIW wykańcza polskich hodowców

Prowadzę sprawy hodowców drobiu od kilkunastu lat. Widziałem już wiele, ale to, co dzieje się obecnie przy okazji zwalczania chorób zakaźnych, zmusza mnie do zabrania głosu. Sposób postępowania Inspekcji Weterynaryjnej wobec polskich hodowców stał się tak skandaliczny, że cała branża musi natychmiast przejść do bezwzględnej ofensywy.

Mamy wiceministra rolnictwa, Michała Kołodziejczaka, który przez lata głośno i słusznie mówił o krzywdzie polskich rolników. Czas wykorzystać ten fakt i zadać publicznie twarde pytania. Jeśli branża hodowlana natychmiast nie zainwestuje w profesjonalny lobbing i ogólnopolskie kampanie społeczne, obudzimy się w rzeczywistości, w której jajka w dyskontach będą kosztować po 30 złotych za dziesiątkę. Albo i więcej.

Biurokratyczny cyrk na fermie: Za wąskie maty, za wysoka trawa

Regularnie reprezentuję hodowców, którym bezczelnie odmawia się wypłaty należnych odszkodowań za likwidację stad w związku z zabiciem z powodu choroby zakaźnej zwalczanej z urzędu. Argumenty? Rzekome „naruszenia zasad bioasekuracji”.

Urzędnicy potrafią wpisać do protokołu takie „zbrodnie” jak:

  • zbyt wysoka kępka trawy przy ogrodzeniu,
  • źle ponumerowane stacje deratyzacyjne,
  • za suche, za mokre, za wąskie lub krzywo położone maty dezynfekcyjne,
  • nieporządek w magazynie lub „ogólny nieład” w gospodarstwie,
  • złe usytuowanie budynków w gospodarstwie (tak, jakby hodowca miał nagle przebudować całą fermę wartą miliony).


Co najciekawsze – te same, absurdalne zarzuty powtarzają się jak kalka w kolejnych decyzjach odmownych w całym kraju. Wnioski nasuwają się same. W Inspekcji Weterynaryjnej musiały pojawić się wewnętrzne, nieoficjalne dekrety i sugestie: „Szukajcie czegokolwiek, byle tylko odmówić wypłaty. Budżet państwa tego nie wytrzymuje”.

To nie są moje domysły. Hodowcy regularnie donoszą mi, że sami inspektorzy weterynarii przyznają im to po cichu, w cztery oczy. Oczywiście przed sądem nikt tego oficjalnie nie potwierdzi. Scenariusz najczęściej wygląda tak samo: Powiatowy Lekarz Weterynarii (PLW) po ludzku współczuje i jest skłonny przyznać odszkodowanie, ale nagle wkracza Wojewódzki Inspektorat (WIW). Pojawia się potężna presja z góry i PLW z drżącą ręką podpisuje decyzję odmowną.

Pułapka nowej ustawy: Pętla bez końca

Niedawna nowelizacja ustawy o zdrowiu zwierząt wprowadziła co prawda jeden plus – wprost zapisano możliwość stopniowania kar (wcześniej PLW panicznie bali się tego ruchu i o częściowe odszkodowanie musieliśmy walczyć dopiero w sądzie). Jednak w tym samym czasie wprowadzono szkodliwą rewolucję w dochodzeniu praw przed sądem. I to jest prawdziwa pułapka na rolnika.

W starym systemie, po otrzymaniu odmowy, sprawę kierowaliśmy do niezawisłego sądu cywilnego, który mógł merytorycznie zmienić decyzję i nakazać wypłatę gotówki. Jak jest teraz? Teraz musisz odwołać się do Wojewódzkiego Lekarza Weterynarii (wszyscy wiemy, z jakim skutkiem), a po kolejnej odmowie – możesz złożyć skargę do sądu administracyjnego.

I tu zamyka się matnia. Sąd administracyjny nie ma uprawnień, by merytorycznie przyznać Ci pieniądze! Może jedynie wskazać uchybienia urzędników, uchylić decyzję i zwrócić sprawę do ponownego rozpatrzenia przez… tę samą weterynarię. Teoretycznie urzędnicy są związani wytycznymi sądu. A co zrobią w praktyce? Wydadzą kolejną odmowę, podając nieco inny, nowy powód. I tak w kółko, bez końca. Możesz sądzić się latami, nie oglądając ani grosza.

Wciąż np. nie wiadomo, czy należy się odszkodowanie za mycie i dezynfekcje kurników czy nie? Niektóre jednostki Inspekcji przyznają, a niektóre odmawiają.

W tym miejscu pojawia się moje otwarte pytanie do ministra Kołodziejczaka, który prywatnie jest bardzo sympatycznym człowiekiem: Panie Ministrze, dlaczego pozwolił Pan na uchwalenie ustawy z tak potężną pułapką na polskich rolników?

Osobista odpowiedzialność urzędnika to mit

Wszelkie opowieści o tym, że urzędnik odpowiada finansowo za swoje błędy, można włożyć między bajki. Ta ustawa wprowadza odpowiedzialność wyłącznie teoretyczną – w praktyce urzędnicza klika jest bezkarna.

Niedawno prowadziłem sprawę hodowców, u których w ramach profilaktyki prewencyjnie wybito całe, zdrowe stado. Po fakcie okazało się, że żadnej choroby na fermie nie było. I co zrobiło państwo? Odmówiło wypłaty odszkodowania w całości, podając idiotyczne argumenty. Sprawę wygrałem, tylko co z tego, skoro ten hodowca musiał przez dwa lata batalii sądowej utrzymać się na powierzchni bez grosza i z własnej kieszeni opłacać prawników?

Oczywiście, jako adwokat mógłbym przewrotnie powiedzieć: „im większy chaos w państwie i przepisach, tym lepiej dla mojego portfela”. Piszę ten manifest jednak jako człowiek, bo skala bezczelności Inspekcji Weterynaryjnej przekroczyła wszelkie granice. Urzędnicy potrafią na samej sali sądowej, w trakcie procesu, bezwstydnie dokładać nowe, wymyślone zarzuty wobec rolnika, byle tylko ratować swoją skórę.

Legalny lobbing zamiast palenia opon

Polscy hodowcy muszą się natychmiast zorganizować i zacząć skutecznie walczyć o swoje prawa. Nie mam tu na myśli palenia opon pod Sejmem czy blokowania dróg – to tylko zraża do Was opinię publiczną.

Czas na nowoczesną, systemową walkę: profesjonalny, twardy lobbing, zorganizowane wizyty w mediach głównego nurtu oraz płatne, zasięgowe kampanie społeczne w internecie. Na Facebooku, Instagramie, YouTube i TikToku. Społeczeństwo musi zrozumieć, że bezwzględna wojna weterynarii z hodowcami to nie jest problem kilku rolników. To jest problem każdego Polaka, który wkrótce zapłaci za podstawowe produkty spożywcze bajońskie sumy. Jeśli nie postawimy tamy urzędniczej samowoli teraz, jutro wszyscy za to słono zapłacimy.

Udostępnij
Przemysław Lech

Przemysław Lech

Adwokat, od 2012 roku specjalizuje się w problemach prawnych hodowców zwierząt. Zaufało mu już ponad 180 klientów. Prowadzi sprawy w całej Polsce.

Prawnik hodowcy w social media

Share This